|
Piknik Radom 2007
15-17.06.07
Czwartek
Przyjechaliśmy (ja - Kos, Boczek i Miron) do Radomia już w czwartek w godzinach popołudniowych a naszym celem było mieszkanie Dowódcy czyli Noego. Po ochłonięciu z podróży udaliśmy się do kolegi Pita by potem wspólnie złożyć wizytę Romusowi, który jeszcze pracował nad materiałami reklamowymi zespołu (baner, koszulki). Tam spędziliśmy trochę czasu i tam też pierwszy raz usłyszeliśmy Mirona grającego na gitarze. Chyba to nawet ja go do tego sprowokowałem, ale muszę przyznać, że grał ładnie. Usłyszawszy dźwięki gitary, dołączył do Mirona Romus no i mieliśmy już dwóch muzyków. Super!!!
Porozmawialiśmy tam jeszcze trochę i trzeba było wracać na kwaterę do Dowódcy bo godzina zaczęła robić się późna. Kolacja przygotowana przez żonę i teściową Noego była wyśmienita ale niektórzy nie wytrzymali do jej końca i rozeszli się spać. Ja wytrzymałem a na przydzielone mi łóżeczko poszedłem grzecznie tak gdzieś koło godziny drugiej nad ranem...
Piątek 
Następnego dnia pobudka była wczesnym rankiem i o godzinie siódmej cała nasza czwórka była na nogach. Poranna toaleta, śniadanie i wyjazd do Pita po sprzęt, czyli komputery, monitory, ekran do projektora i nagłośnienie. W międzyczasie wraz z Noem pojechaliśmy na dworzec autobusowy odebrać Josiva. Trochę się zdziwiłem widząc Josa bo spodziewałem się zobaczyć zupełnie inną sylwetkę i buzię niż widziałem na naszym pierwszym forumowym zlocie w Krakowie, w MuzeumLotnictwa, jakieś trzy lata temu.
Od tamtego czasu Jos nic się nie zmienił - ot fajny młody i sympatyczny chłopak.Wróciliśmy zatem do Pita i z całym, wcześniej załadowanym majdanem, na cztery samochody udaliśmy się na lotnisko do przydzielonego nam miejsca w hangarze.
Nadszedł czas na montaż sprzętu (zajęło nam to dość sporo czasu)i jego próbne uruchomienie. Sieć działała prawidłowo a troszkę kłopotów sprawił rzutnik ale koledzy i z tym problemem się uporali. Po króciutkim odpoczynku przeprowadziliśmy pierwszy trening (jeszcze bez Pinkera - miał do nas dołączyć dopiero w sobotę) i okazało się, że.. nie umiemy latać!!! Formacje ciągle się rwały i trudno było utrzymać kolegom swoje pozycje w szyku. Patrzyłem na to z wielkim zdziwieniem bo nie takich lotów się spodziewałem. Sprawcą a właściwie sprawczynią całego zamieszania była sieć.Pierwszy raz spotkaliśmy się w LANie i jak się okazało latanie w takim ustawieniu jest nieco inne niż to, jakie dotąd ćwiczyliśmy. Kilka następnych prób i wszystko wróciło do normy i nawet powiem więcej, ponad normę! Tym razem moje zdziwienie było pozytywne bo koledzy zaprezentowali pilotaż i wykonanie programu na najwyższym jaki dotąd widziałem w zespole, poziomie. Od tego momentu zacząłem być spokojny o to co stanie się w ciągu następnych dwóch dni. Czas miał pokazać, jak bardzo spokojny nie byłem.

Po obiedzie pod opiekę wziął nas sam Lider zespołu ORLIKI - kapitan pilot Dariusz Stachurski i wraz z nim mogliśmy zwiedzić Ośrodek Szkolenia Lotniczego. Wierzcie mi, że było co oglądać!
Po zakończeniu zwiedzania otrzymaliśmy oficjalne zaproszenie od kapitana Stachurskiego i pozostałych pilotów zespołu ORLIKI na wspólną imprezę integracyjną przy grillu. Oczywiście skwapliwie z tego zaproszenia skorzystaliśmy i o godzinie dwudziestej zameldowaliśmy się w wyznaczonym miejscu. Piloci już na nas czekali, stół był przygotowany i pięknie nakryty a zapach pieczonych kiełbasek tudzież innego mięsiwa nastrajał nas bardzo optymistycznie.
Nastąpiło pierwsze przywitanie i zajęliśmy miejsca przy stole.Szybkie, niemal ukradkowe spojrzenia by poznać twarze - my na nich a oni na nas.Pierwszy toast. potem szybciutko następny i poczułem się jak wśród najbliższych przyjaciół. Wspaniała, koleżeńska atmosfera! Przyszła kolej na wzajemną prezentację kto jest kto. Z taką inicjatywą wyszedł kapitan pilot Krzysztof Kidacki i natychmiast przystąpił do jej realizacji przedstawiając po kolei swoich kolegów z zespołu. Potem my zrobiliśmy to samo a jeszcze później.. No wiecie, było bardzo nastrojowo, uroczyście i wesoło.
Niezapomniane wrażenie zrobił na mnie moment w którym Dowódca ORLIKÓW kapitan pilot Dariusz Stachurski w imieniu swoim i swoich kolegów pilotów wręczył naszemu Dowódcy z okazji tego spotkania upominki dla członków zespołu PAT. Odniosłem wówczas wrażenie jakby nasi gospodarze oficjalnie brali nas pod swoje skrzydła uznając za równorzędnych sobie i jakoś tak jeszcze cieplej mi się zrobiło a w gardle zaczęło być sucho. Kolejne toasty, mnóstwo dowcipów z obu stron, gromkie śmiechy, śpiew Mirona i Romusa przy akompaniamencie gitary - tak wyglądało nasze spotkanie do końca. Dodam, że rozeszliśmy się dość późno i rozpoczął się już dzień naszego występu.
Sobota 
Dzień pierwszy naszych występów - sobota - rozpoczęliśmy od treningu, tak na wszelki wypadek aby wyeliminować błędy o ile by się jakieś pojawiły. Około godziny dziewiątej zasiedliśmy zatem na swoich stanowiskach, ubrani już w jednolite niebieskie koszulki - to zasługa Romusa - z logiem naszego zespołu na lewej piersi i nick'iem każdego z nas pod nim. Na plecach tuż ponad pasem mieliśmy adres naszej strony internetowej.
Zajmując swoje miejsce w środku całego zespołu poczułem dziwne ale na całe szczęście tylko lekkie zdenerwowanie. Ciągle zerkałem na kolegów i zadawałem sobie pytanie: Dadzą radę, wytrzymają ?! No i właśnie w tym momencie zjawił się Pinker. Szybkie przywitanie z całym zespołem (ja wreszcie mogłem zobaczyć Pinkera "na żywo" z czego się ucieszyłem), wskazanie przez Noego miejsca przy stoliku i wreszcie PAT był w komplecie. Oczywiście Pinker potrzebował kilkanaście minut na instalację swojego oprogramowania i sterowników więc czas ten poświęciliśmy na omówienie kilku spraw organizacyjnych związanych z samym przebiegiem pokazu.
Wreszcie nadszedł moment rozpoczęcia treningu. Liczyliśmy, że przeprowadzimy go w spokoju i bez świadków ale się nie udało. Pojawili się pierwsi goście i z konieczności nasz trening był jednocześnie pokazem.Tak więc wszyscy zajęliśmy swoje miejsca, sprawdziliśmy raz jeszcze sprzęt i połączenie na "wentylu" by wreszcie na moje:
-PANOWIE. GOTOWI?
...usłyszeć po kolei zgłaszających się kolegów.
Każdy głos był poważny i odzwierciedlał determinację i mocne postanowienie wykonania jak najlepiej powierzonego mu zadania. Myślałem wówczas, że z krzesła spadnę! Błyskawicznie i ukradkiem spojrzałem w lewo i w prawo. Na żadnej twarzy nie było uśmiechu tylko pełne skupienie ujawniające chęć wykonania programu bez żadnego potknięcia.
W TAKIM RAZIE NA PAS PROSZĘ! 
To było z mojej strony kolejne zdanie i zaczęło się!
Miron jako pierwszy pokołował na pas a za nim następni. Bardzo szybko cały zespół ustawił się w formację bazową i od tej chwili komendę przejął Miron jako prowadzący. Serduszko zaczęło mi bić dużo szybciej niż zakłada to norma dla mojego wieku, bo obawiałem się nieco czy strat wyjdzie równo, czy nikt nie zostanie albo nie zjedzie z pasa na trawę.
Tym bardziej, że za moimi plecami stało kilka osób obserwujących nasze poczynania.
- UWAGA!
Głos Mirona był spokojny i niemal natychmiast zaświeciły się światła pozycyjne jego samolotu dając tym samym znak skrzydłowym i drugiej grupie, że rozpoczyna się start.Spojrzałem na formację z przodu - jest dobrze, w takim razie obróciłem kamerę tak aby widzieć wszystkich z boku i uśmiechnąłem się szeroko.. Szli jak na defiladzie, równiutko i bez przesunięć, coraz szybciej i szybciej aż wreszcie w słuchawkach usłyszałem melodyjny głos Mirona:
-
W GÓRĘĘ.
To przedłużone "ę" było niesamowite. Mając cały czas na monitorze formację w widoku z boku przybliżyłem obraz tak aby wszystkie samoloty wypełniły cały ekran. Dalej szli jak na defiladzie.
-
PODWOZIE. JUŻ!
Kolejna komenda prowadzącego i jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, jednocześnie w trzech widocznych na zbliżeniu na moim monitorze samolotach, golenie podwozia zaczęły się składać.
W tym momencie usłyszałem zza swoich pleców dość podniecony młody głos
- Ty! Widziałeś.Allle równo! Jak oni to k. zrobili?!
Na to drugi głos, nie mniej młody ale już nie tak podniecony odpowiedział
- Czekaj, ciekawe co dalej?
Ale ja już nie słuchając zbytnio co się za mną dzieje, bardzo ucieszony tym, że to co pokazujemy wzbudza zainteresowanie skupiłem się wyłącznie na obserwowaniu zespołu. Cała piątka leciała razem przygotowując się do pierwszej figury. Do pętli. Wykonanie jej całą formacją łatwe nie jest więc moje obawy czy nam wyjdzie były uzasadnione. Od startu do momentu wyjścia na oś pasa do pętli, tylko dwa lub trzy razy korygowałem ustawienie samolotów a więc w zasadzie nie miałem nic do roboty, koledzy lecieli sami dbając o utrzymanie pozycji i szyku a to mnie bardzo cieszyło. Mimo to im bliżej było do pierwszej figury tym bardziej moje plecy stawały się mokre. Zresztą łysina pod kabłąkiem słuchawek też!
I wreszcie głos Mirona:
-
DO PĘTLI..JUŻ!
Błyskawicznie zmieniłem widok tak aby widzieć całą piątkę z przodu - idą ślicznie; teraz widzę ich od strony spodu samolotów, minimalne odchylenia jednego skrzydłowego a więc nie jest źle! Jos i Boczek, czyli numery cztery i pięć, za pierwszą trójką w idealnych odstępach i w smugach prowadzącego. Serce bije mi jak oszalałe - czy wytrzymają i nie złamią szyku?! 
Dochodzą do szczytu pętli, skrzydłowy już wyrównał a więc idą równiutko i w zwartej grupie, smugi pokrywają się. Jest cudownie! Szybko oddalam nieco widok i łapię formację z boku. Będzie w miarę równe kółko czy wyjdzie balon? Czuję jak strużka potu spływa mi po skroni na policzek ale nie mam czasu by ją obetrzeć śledząc dalszą cześć pętli. Przełamanie i zaczynają lot w dół. Równo i całą grupą. Kątem oka zerkam na ekran rzutnika i widzę, że Noe akurat tą figurę pokazuje! Spoglądam na swój monitor.
Trzy czwarte pętli za nimi, teraz wyprowadzenie do lotu poziomego nad pasem. Wyjdzie? Wytrzymają skrzydłowi i drugie skrzydło? Boże! Niemal unoszę się z krzesła by lepiej to zobaczyć. Żeby tylko któryś zbyt nerwowo nie ściągnął drążka!!! Wyszło, wszyscy wytrzymali i nikt nie popełnił błędu. Teraz dopiero wierzchem dłoni szybko ocieram spocone czoło i słyszę w słuchawkach głos prowadzącego:
- DYMY JUŻ!
Koledzy odlatują by przygotować się do kolejnej ewolucji a ja mam kilka chwil spokoju - oni nie! Potem były mijanki, pętle, zmiany szyku formacji, wachlarz i podejście do lądowania. Wszystko wykonane bez błędów i w równych odstępach.
Kiedy wszyscy byli już na pasie usłyszałem z megafonu głos naszego komentatora:
-
WIRTUALNE ORLIKI JUŻ NA ZIEMI
a w chwilę później gromkie oklaski zgromadzonej już za nami publiczności przekonały nas, że pokaz wzbudził spore zainteresowanie. A to dopiero był początek całego pikniku.
Spojrzałem na kolegów - wyraz napięcia i stresu na ich twarzach zniknął nagle i pojawiły się szerokie uśmiechy. Byli zadowoleni, bardzo zadowoleni. Ja też!
Niestety nie dane nam było odpocząć. Teraz przyszedł czas na udostępnienie naszego sprzętu dla publiczności i chcąc nie chcąc musieliśmy wcielić się w rolę instruktorów. Swoich sił spróbowali też nasi wczorajsi gospodarze - piloci zespołu akrobacyjnego ORLIKI - kapitanowie Piotr Jabłoński, Krzysztof Kidacki oraz Dariusz Stachurski. Wirtualne latanie nie było dla nich tak łatwe i oczywiste jak to co prezentują nam na swoich pokazach. Mimo tego dzielnie próbowali. Wśród innych chętnych do wirtualnego latania większość stanowiła młodzież. Były też dziewczyny, nieliczne ale jednak były.
Po godzinie znów zasiedliśmy do komputerów by dać kolejny pokaz.Tym razem koledzy nie byli już tak spięci i polecieli równie ładnie jak za pierwszym razem. Po pokazie znów komputery opanowali widzowie a po godzinie daliśmy kolejny występ. I tak dobiegł końca dzień pierwszy naszego pokazu na żywo.
Niedziela
Dzień drugi - niedziela - rozpoczęliśmy podobnie jak dzień pierwszy a mianowicie od treningu. Tym razem nie było niespodzianek i wszystko przebiegło według planu.

Około godziny dziesiątej zaczęli pojawiać się pierwsi widzowie a kilkanaście minut później daliśmy pierwszy tego dnia pokaz. Bardzo dobrze w rolę komentatora wczuł się Romus. Każdy pokaz rozpoczynał od prezentacji wszystkich członków naszego wirtualnego zespołu i na bieżąco omawiał dla publiczności to co działo się na ekranie rzutnika. Wspaniała intonacja głosu, wyczucie sytuacji i poczucie humoru to tylko nieliczne cechy jakie zaprezentował.
Sam pokaz przebiegł bez niespodzianek a po wylądowaniu znów musieliśmy się wcielić w role instruktorów bo chętnych do spróbowania swoich sił w wirtualnym lataniu wśród publiczności nie brakowało.
Po godzinie kolejny pokaz ale tym razem nasze poczynania obserwowane były prze władze miasta Radomia oraz najwyższe dowództwo jednostki. I tym razem wszystko poszło bez przeszkód i po wyląd owaniu oklaski zgromadzonej widowni były kolejny raz dla nas dowodem, że publiczności podoba się to co pokazujemy.
Tego dnia daliśmy jeszcze trzy pokazy jednak nieuchronnie zbliżała się pora zakończenia całej imprezy. Około godziny osiemnastej zaczęliśmy składać sprzęt by później pożegnać się i rozjechać do swoich domów. Zespół wirtualnej akrobacji PAT "Eagles" zakończył swój pierwszy pokaz "na żywo" dla publiczności.
Kos
PS.Reszta zdjęć w naszej galerii. |